Wszyscy ekonomiści zastanawiają się teraz czy w poniedziałek USA staną się niewypłacalne, a tu w Europie na skraju bankructwa stanęła malutka wysepka.
Głównym problemem Cypru są banki, których aktywa wynoszą 9-krotność GDP całego kraju.
Agencja ratingowa Moody’s obniżyła przedwczoraj ocenę wiarygodności kredytowej Cypru o dwa stopnie – z A2 do Baa1, a perspektywę gospodarczą tego kraju zmieniła na negatywną, co oznacza możliwość dalszego spadku ratingu. Pozostałe agencje obniżyły swoje ratingi już wcześniej, powołując się na zależność ekonomiczną od Grecji.
Wczoraj cypryjskie banki miały problem z pozyskaniem finansowania z rynku międzybankowego – prawdopodobnie zaczęły odpływać pieniądze miliarderów, którzy wykorzystywali Cypr jako raj podatkowy dla swoich pieniędzy.
Wczoraj też rozsypał się rząd. Najpierw jednak zobowiązał się, że obniży deficyt budżetowy z obecnych 5,3 proc. PKB do 3 proc. w przyszłym roku. Ogłosił, że zostaną zmniejszone wydatki na pensje w administracji publicznej, które pochłaniają 8 miliardów euro, czyli aż jedną trzecią budżetu państwa.
Dodajcie do tego kryzys energetyczny spowodowany wybuchem w składzie amunicji w bazie marynarki wojennej, do którego doszło 11 lipca. Skład znajdował się niedaleko od elektrowni Vasilikos, która zaspokaja aż 60 proc. cypryjskiego zapotrzebowania na prąd. Jej praca została sparaliżowana i na wyspie od 3 tygodni brakuje energii.
Dodajcie jeszcze protesty przed pałacem prezydenckim i mamy gotową receptę na murowany kryzys finansowy i ekonomiczny.
Jak to powiadają – kryzys pojawia się zawsze tam, gdzie się go nikt nie spodziewa. Jak dotąd żaden znany ekonomista nie mówił nic o Cyprze.
